Skip to content
2009.03.31 – cerebrolisyna w Niemczech Drukuj

Po raz kolejny zostałem zapytany przez Was o komentarz do problemu: ”…cerebrolisyna jest zdecydowanie odrzucana w Niemczech”.

Pamiętajcie o tym, że jestem jedynie rodzicem, a nie lekarzem i moje doświadczenia nie mogą wpływać na dokonywany przez Was wybór, ale jak to było w Niemczech i jak jest mogę wyjaśnić:

Cerebrolisyna jest lekiem, który został wymyślony ponad 30 lat temu w Niemczech, w firmie która swoją siedzibę miała   w Niemczech i w Austrii. Niemcy do końca lat 80tych były krajem niewiele różniącym się w podejściu rodziców i lekarzy do wielu terapii i leków, od Polski, jaką ta jest dzisiaj. Jednakże w latach 80tych i na początku lat 90tych Niemcami wstrząsnęły liczne afery medyczne. Zdarzyły się przypadki oszustw firm farmaceutycznych, które reklamowały leki, które były nieskuteczne z założenia, od samego początku. Były afery ze sponsorowaniem polityków, poradni, lekarzy  itp. Dodatkowo do tych wydarzeń należy dołączyć kwestię uwarunkowań z zakresu bezpieczeństwa stosowania leków pochodzenia zwierzęcego i występowania różnego rodzaju chorób odzwierzęcych mogących funkcjonować także u człowieka (np. sławne priony).

Te wszystkie elementy, w sposób szczególny, zbudowały specjalne “etyczne” podejście lekarzy i specjalistów do wszelkiego rodzaju terapii medycznych. Od lat 90tych w Niemczech lekarze jakby “przestraszyli się” i przestali podejmować “ponadstandardowe decyzje medyczne i farmakologiczne”. Można je podsumować w ten sposób w kontekście leków i ogólnego podejścia: “Jeżeli nie muszę to nie podaję” lub “Jeżeli dziecko się takie urodziło to i takie niech umrze”. W tej opinii i podejściu etyka, jest słowem-kluczem, które daje prawo i siłę lekarzowi, specjaliście, mniej rodzicom. Pozycja tych pierwszych jest inna niż w Polsce, często niepodważalna. Nikt nie dyskutuje, czy lekarz ma właściwą wiedzę, czy też nie, jak to ma miejsce w Polsce, gdzie cała władza spoczywa tak na prawdę w decyzji rodziców.

Lekarze w Niemczech, którzy taką zasadą się nie kierują, od razu mogą być podejrzewani o ponadstandardowe sprzyjanie jakieś firmie farmaceutycznej. Z takiej postawy całego środowiska trudno się obecnie wyłamać, stąd nawet lekarze zainteresowani określonymi metodami, które nie mają ich, konkretnie niemieckiej, akceptacji medycznej, a są stosowane na świecie, często wyjeżdżają do Wlk.Brytanii, Australii czy USA aby tam je stosować. Widać to jednoznacznie zarówno w przypadku lekarzy zajmujących się autyzmem, ADHD i zespołem Downa. W Niemczech procedury medyczne nie przewidują wspomagania farmakologicznego tych dzieci, zupełnie inaczej niż chociażby w Wielkiej Brytanii.

 

W przypadku osób z zespołem Downa ogólne zamieszanie wokół stosowanych terapii farmakologicznych też miało miejsce. Pod koniec lat 70tych jeden z profesorów postanowił rozpocząć badania nad zespołem Downa. Zaadoptował 2 dzieci z zespołem i rozpoczął podawanie im różnych leków. To on był twórcą tzw. leku z grasicy. Być może działał w dobrej wierze, jednakże jego aktywność w latach 80tych była już niestety ukierunkowana jedynie na korzyści ekonomiczne. Co gorsza bezkrytycznie, jego produkty zostały przyjęte we Wrocławiu, Poznaniu i Katowicach, gdzie w trakcie prywatnych wizyt lekarze przypisywali terapie profesora.

W latach 90tych policja i prokuratura niemiecka na wniosek jednego z rodziców wszczęła śledztwo wobec profesora, które zamknęło jego program, a w środowisku zapanował dodatkowych strach i wiara, że nic się nie da zrobić z wadą genetyczną.

Jak silna blokada istnieje w Niemczech w tym kierunku niech świadczy chociażby to, że lekarze specjalizujący się w wadach genetycznych dopóki byli w USA na stażach, dopóki sami mieli małe dzieci, dopóty stosowali określone specyfiki, nazywając je i stosując oficjalnie. W momencie krytyki ze strony profesorów, nagle zmieniano podejście mówiąc, że warto podawać suplementy lub suplementy rozwoju mózgu.

Inną kwestią jest totalna fobia przed stosowaniem komórek macierzystych. Dla przeciętnego lekarza w Niemczech, leczenie komórkami macierzystymi jest kwestią etyczną, a nie medyczną. Etyka tutaj jest rozumiana i definiowana jako stan w którym nie znamy jeszcze skutków w przyszłości. Zgadzam się z takim podejściem, ale należy go nazywać wprost i mówić, że skoro coś jest nieprzebadane klinicznie to jest to niepewne, a nie zakazywać bez podania przyczyny.

Każdy lek, postępując w ten sposób jak w Niemczech, można dyskwalifikować z pobudek etycznych, ale gdybyśmy tak zawsze postępowali, to tego postępu nie byłoby i to jest widoczne w Niemczech. Postęp medyczny w Niemczech, w ostatnich latach, był skutkiem albo “importu” myśli medycznej z USA, Australii, UK, Holandii, Japonii i Chin, czy też po prostu powrotu lekarzy niemieckich ze stypendiów naukowych z różnych krajów. Niemcy ze swoją etyką i skorumpowaniem świata farmakologicznego i medycznego zamknęły się na jakikolwiek postęp wynikający z własnych potrzeb. Można to zaakceptować jeżeli jest się Niemcem, ale nie można bezkrytycznie i bez pełnej wiedzy zaakceptować takiego stanu będąc obywatelem chociażby Polski.

I tutaj z pewnością, każdy z czytelników zadałby mi pytanie: to jaka jest decyzja!

Odpowiedź musi być zatem następująca: w świetle informacji dostępnych, to rodzice przy udziale lekarza muszą sami podjąć decyzję w sprawie podania leku. Mogą konsultować się nieformalnie z rodzicami, którzy taki lek podają, ale to wciąż na nich spoczywa konieczność podjęcia decyzji.

A co do Niemiec cóż przestałem się przejmować co mówią, co sugerują, gdyż ich badania medyczne są daleko w tyle za krajami, gdzie postęp medyczny jest źródłem rozwoju kraju. Niemcy są dobre w samochodach i niech im to zostanie.

Jarek


Zobacz również:




Bądź pierwszym, komentującym ten artykuł

Only registered users can write comments.
Proszę się zalogować.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »