Skip to content
Camp Sunny Side 2009 Drukuj

Dorota Sobieraj

image

Lato, które właśnie minęło, dostarczyło mi niesamowitych emocji. Chciałabym się podzielić z Wami swoimi przemyśleniami i obserwacjami.

Moje liczne wrażenia można by podzielić na cztery obszary: praca na campie, życie towarzyskie na campie, życie towarzyskie poza campem oraz podróże po kontrakcie. Jak się domyślam, Czytelnika niniejszej strony najbardziej interesuje ten pierwszy aspekt mojego pobytu w USA.

A zatem, Camp Sunnyside podlega dość dużej organizacji Easter Seals, która to organizacja zajmuje się pomocą osobom niepełnosprawnym, między innymi poprzez organizowanie pobytów wakacyjnych na campach. (Więcej o Easter Seals: http://www.easterseals.com/site/PageServer). Camp, na którym byłam, mieści się w stanie Iowa, między Des Moines a Ankeny. Ośrodek ten rozciąga się na powierzchni 80 akrów. Teren, przepełniony zielenią, sprzyja porządnemu wypoczynkowi wśród iście sielankowej aury. Nie brakuje tam sporego jeziorka z małą wysepką na środku, boiska do siatkówki, placu zabaw, ścieżki przyrodniczej, kajaków, rowerów wodnych, łodzi mieszczącej około 8 osób plus trzy wózki inwalidzkie, miejsca do wędkowania, krytego basenu, sali gimnastycznej, dwóch tarcz do strzelania z profesjonalnych łuków, domku „sztuka i rzemiosło” z mnóstwem materiałów plastycznych od kredek począwszy, przez włóczki, koraliki, drewienka, a na zestawach do robienia lalek skończywszy, sali doświadczania świata z różnymi zabawkami sensorycznymi, małej farmy z osiołkami, krowami oraz końmi przeznaczonymi do hipoterapii…

W czasie wakacji prowadzone są trzy główne programy (jest również parę mniejszych, towarzyszących) – Resident Camp, Teen Day i Day Camp. Resident Camp to tygodniowy turnus dla osób upośledzonych w wieku od 5 do 90 lat. Poszczególne turnusy poświęcone są różnym grupom wiekowym, tak więc w zależności od wieku camperów następował po sobie „kids week” (tydzień dzieci), „teen week” (tydzień młodzieży) bądź „adults week” (tydzień dorosłych). Uczestnicy zjeżdżają się w niedzielę popołudniu, a wyjeżdżają w piątek.

Teen Day i Day Camp to programy, które również trwają tydzień, z tym że uczestnicy są dowożeni na camp codziennie rano i odbierani przez opiekunów około 18:00. Teen Day przeznaczony jest dla nastolatków, Day Camp dla dzieci. Ten ostatni to program integracyjny – wśród uczestników znajdują się również osoby zdrowe.

Sercem Campu Sunnyside jest zdecydowanie Resident Camp. I właśnie w tym programie pracowałam jako counsellorka przez sześć tygodni, natomiast ostatnie dwa – na Day Campie.

Jak wygląda życie campera i counsellora na campie? Na początku muszę zaznaczyć, że to nie są turnusy rehabilitacyjne. Pobyt tutaj można porównać, w przypadku dzieci, do kolonii lub obozu, w przypadku dorosłych – do wczasów. Uczestnicy nie wychodzą przez cały tydzień poza teren campu, ze wszystkich atrakcji korzystają na miejscu. A możliwości, jak już wymieniłam wyżej, jest sporo.

image

Camperzy mieszkają w tak zwanych cabin, czyli domkach mieszczących do 22 osób. Każda cabin ma łazienkę i toaletę, prysznice są natomiast w oddzielnym domku. Jeśli chodzi o warunki sanitarne, to pozostawiają niestety dużo do życzenia – jak to na obozie. Na każdy domek przypada około pięciu – sześciu opiekunów, przy czym counsellorki pracują zarówno w żeńskich, jak i męskich domkach, natomiast counsellorzy tylko w męskich.

image

Na camp przyjeżdżają osoby o rozmaitych upośledzeniach. Uczestnicy z zespołem Downa stanowią jedynie niewielki procent camperów. Przed rozpoczęciem każdego turnusu counsellorzy dostają szczegółowe aplikacje uczestników. Co ciekawe, nie ma w nich informacji o rodzaju upośledzenia. Aplikacja składa się z wielu części – dane personalne, szczegółowe informacje o atakach padaczki, jeśli takowe występują, informacje dotyczące diety, informacje dotyczące godzin snu i ewentualnych zaburzeń snu, informacje dotyczące higieny – czy używa pieluch, czy tylko w nocy, czy cały dzień, czy używa dodatkowych urządzeń wspomagających – wózek, laska, butla z tlenem, odżywianie dojelitowe, łóżko szpitalne, tablica komunikacyjna itp. Ostatnia obszerna rubryka dotyczy zachowania, przyzwyczajeń i wszelkich możliwych reakcji na rozmaite bodźce oraz czy osoba była wykorzystywana seksualnie bądź czy jest agresywna na tle seksualnym. Tak więc zanim camper dotrze na camp, counsellor ma dość szczegółowy obraz tego, czego po uczestniku może się spodziewać. I rzeczywiście, na nic zdaje się informacja „autyzm” lub „zespół Downa”. Natomiast zapis „często oddala się od grupy, szczególnie pod wpływem hałasu” jest już cenną uwagą. Pod każdym wpisem dotyczącym zachowania jest również miejsce na wypróbowane metody rodziców, co robić w pewnych trudnych sytuacjach, na przykład „trudności z zasypianiem – przed snem proszę z Georgem pooglądać zdjęcia w jego albumie”.

image

Jak już napisałam wyżej, te turnusy nie są turnusami rehabilitacyjnymi. Nie mają na celu nauczenia czegokolwiek uczestników wypoczynku. Celem pobytu campera na campie jest dobra zabawa w bezpiecznych warunkach i na miarę własnych możliwości. Counsellorzy pełnią w stosunku do camperów rolę niemal służebną. Zgodnie z hasłem „camp is for campers” zawsze na pierwszym miejscu jest uczestnik obozu, potem opiekun. Dlatego cały turnus jest dopasowany do wymagań i możliwości camperów. Niektórzy camperzy są „one on one”, co oznacza, że ich zachowanie wymaga stałej opieki indywidualnej, bądź rodzice zażyczyli sobie, by uczestnik taką opiekę miał. Jeśli camper jest głęboko upośledzony albo nie ma z nim żadnego kontaktu (szczególnie autystycy) może robić właściwie co chce, o ile jest to bezpieczne dla niego i dla otoczenia. Counsellor nie ma prawa zmusić campera do niczego, może jedynie zachęcać. Jeśli mała Olivia ma ochotę cały dzień siedzieć na huśtawce, opiekun ma obowiązek siedzieć na tej huśtawce razem z nią i zadbać dodatkowo o to, by zjadła wszystkie posiłki (jeśli nie ma ochoty przyjść na jadalnię, je obiad na tejże samej huśtawce), by w odpowiednim momencie miała zmienioną pieluchę oraz by poszła spać o rozsądnej godzinie. W nocy natomiast nad camperami czuwa „night duty” (każdy counsellor ma dyżur nocny średnio dwa razy w tygodniu) i jeżeli Olivia obudzi się i będzie miała ochotę pobawić się w sali doświadczania świata, opiekun nie może jej na siłę zatrzymać w domku, musi iść bawić się razem z nią. Zatem reguła „camp is for campers” nie jest tylko ładnym hasłem wymalowanym przy wejściu na teren ośrodka, ale zasadą bezwzględnie przestrzeganą przez wszystkich opiekunów.

Bardzo ważnym elementem pracy counsellora było ciągłe dbanie o bezpieczeństwo camperów. Dobrym rozwiązaniem jest noszenie przy sobie walky-talky, dzięki czemu każdy z każdym miał bezustanny kontakt. Najważniejsze było to, by w razie czego być w stanie szybko zawołać pomoc z Health Center (centrum medyczne), ponieważ często zdarzały się wśród uczestników ataki padaczki. Innym elementem zapewniającym bezpieczeństwo, a właściwie kontrolującym rzetelność naszej pracy, było, jak to nazywaliśmy „paper work”. Paper work, czyli inaczej „papierologia”… Każdy camper miał kartę dziennego pobytu na wszystkie dni turnusu. Do naszych obowiązków należało regularne wypełnianie owych kart. Counsellor musiał codziennie odnotować, o której godzinie camper miał zmienioną pieluchę, ile procent posiłków zjadł i ile napojów wypił, kiedy i ile razy został posmarowany filtrem przeciwsłonecznym i środkiem przeciw komarom, w jakich zajęciach brał udział i czy mu się podobało. Na szczególne wydarzenia były zarezerwowane tak zwane PCR-y, czyli raporty o wypadkach, przy czym wypadki były podzielone na trzy rodzaje: zachowanie, wypadek z obrażeniami, wypadek bez obrażeń. Oprócz tego istniały osobne raporty dotyczące ataków padaczki. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że taka biurokracja na obozie/wczasach jest zbędna. Jednakże dawała duże poczucie bezpieczeństwa – cokolwiek by się nie stało w czasie turnusu – mieliśmy tego dokumentację. Rodzic, odbierając dziecko z campu, był dokładnie poinformowany, co działo się z jego dzieckiem w ciągu ostatnich pięciu dni. Poza tym, na podstawie dziennych kart uczestnika można było niekiedy wywnioskować, dlaczego z camperem dzieje się coś niedobrego. Jeśli Jacob bardzo osłabł trzeciego dnia, wystarczyło zerknąć do jego kart i zobaczyć, że chłopiec przy każdym posiłku wypijał jedynie 5% napojów. I to był jasny sygnał, na co należy zwrócić szczególną uwagę i czego dopilnować. Dzięki owym kartom, których wypełnianie było zresztą prawdziwą zmorą dla counsellorów, mieliśmy jasną i szybką informację dotyczącą każdego z naszych podopiecznych.

To, co między innymi szczególnie zwróciło moją uwagę w czasie pracy na campie, było to, że niemal każda osoba mająca jakiekolwiek problemy z komunikacją werbalną, umiała posługiwać się językiem migowym. Wiele osób używało na przemian słów mówionych oraz języka migowego. Z tego, co zdążyłam się zorientować, język migowy jest traktowany w Stanach na równi z językiem werbalnym; nie jest traktowany jako gorsza forma komunikacji, ale raczej alternatywna. Co ciekawe, niektóre osoby mówiące również umiały migać. Wiele osób z zespołem Downa wykorzystywało w rozmowach sign language, nawet jeśli ich problemy artykulacyjne dotyczyły jedynie zdeformowanego wypowiadania. Co ciekawe, czasem nawet counsellorzy posługiwali się między sobą znakami migowymi, szczególnie gdy właśnie bateria w walky-talky się rozładowała, a opiekunowie byli od siebie w takiej odległości, że mogli się nawzajem widzieć.

Największym zaskoczeniem był dla mnie Day Camp. Jak już napisałam wcześniej, w tym programie biorą udział dzieci zarówno niepełnosprawne, jak i zdrowe. Po raz pierwszy widziałam naprawdę zrealizowaną ideę integracji. Wśród dzieci niepełnosprawnych były również takie, które były całkowicie sparaliżowane i kontakt z nimi był jedynie wzrokowy, a i to nie zawsze. Rozpoczynając pracę w tym programie, bałam się, że nie uda nam się zapobiec najbardziej prawdopodobnemu scenariuszowi, a mianowicie: dzieci zdrowe i w miarę sprawne biorą udział we wszystkich zabawach, wchodzą ze sobą w interakcje, natomiast dzieci na wózkach, te sparaliżowane, siedzą sobie gdzieś pod ścianą, przestawiane z kąta w kąt, niewiele różniąc się od wyposażenia sali. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że te osoby są pełnoprawnymi uczestnikami zabaw i zajęć. I to nie tylko z powodu usilnych starań counsellorów. Inne dzieci, te tak zwane zdrowsze, same inicjowały kontakt z osobami najciężej upośledzonymi. Ani razu nie widziałam na twarzach dzieci obrzydzenia, strachu, czy zdziwienia. Dla każdego dziecka było czymś zupełnie normalnym, że Kasia się bardzo ślini, Staś nie mówi, Krzyś wcale nie potrafi się ruszać, a Jasiowi bardzo często zdarza się nie zdążyć do toalety. Żadna z ułomności nie była powodem wykluczenia. Dzieci sprawniejsze z własnej inicjatywy rozpoczynały zabawy z dziećmi mniej sprawnymi, i to nie po to, żeby otrzymać pochwałę counsellora lub z odruchu litości. Ale z prawdziwej potrzeby kontaktu ze wszystkimi rówieśnikami na sali. Oczywiście, częsta była postawa opieki wobec tych słabszych, jednakże relacje między dziećmi nie ograniczały się jedynie do pomocy i usługiwania. Zastanawiałam się, z czego to wynika, w jaki sposób ci ludzie doszli do tego, że integracja nie jest jedynie pobożnym życzeniem. Otóż, wydaje mi się (co prawdopodobnie jest oczywistością, ale warto powiedzieć to jeszcze raz), że kluczową rolę odgrywają rodzice i wszyscy dorośli mający kontakt z dziećmi. Sam fakt, że rodzic świadomie, z własnej nieprzymuszonej woli daje swoje zdrowe dziecko na półkolonie z dziećmi niepełnosprawnymi, i to w dużym stopniu, świadczy o innym poziomie świadomości. Dzieci od początku uczone są inności; pokazuje się im, że inny nie znaczy nienormalny. Być może łatwiej o zdanie sobie sprawy z tego podstawowego faktu w tak różnorodnym kulturowo społeczeństwie, jak amerykańskie. Poczucie akceptacji wszelkich „odchyleń od normy” było naprawdę budujące. Również to, że counsellorzy pochodzili z różnych, odległych od siebie kulturowo krajów, przyczyniało się do jeszcze większej różnorodności i bogactwa ludzi obecnych na campie. Zdaję sobie sprawę z tego, że Camp Sunnyside stanowi pewną idealną enklawę, wysepkę odgrodzoną od społeczeństwa i codziennego życia. Jednakże niemal doskonałe funkcjonowanie campu jest, jak sądzę, pewnym odbiciem świadomości społeczności lokalnej i sposobu potraktowania tematu upośledzenia i niepełnosprawności poza campem.

Pobyt na campie w Des Moines wzbudził we mnie ogrom refleksji, częścią z nich podzieliłam się z Wami powyżej. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że temat nie został wyczerpany, dlatego też chętnie odpowiem na pytania, które pojawią się u Czytelnika w czasie lektury (at_ka@poczta.fm).

Chcę również podziękować Magdzie Piechaczyk oraz Ani Żaczek za pomoc w przygotowaniach do wyjazdu na camp.


Zobacz również:




Bądź pierwszym, komentującym ten artykuł

Only registered users can write comments.
Proszę się zalogować.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »